Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pak, umiłowany, łagodny Loluś otworzy swoje zielone oczęta, a usta jego szepną słowa pieszczotliwe do biednej, opuszczonej matki...
Lecz z tego odrętwienia ducha, z tego oczekiwania cudu, coraz natarczywiej budziły zbolałą kobietę dobiegające zdaleka krzyki bojowe, grzechotanie kulomiotów i huk pękających granatów.
To obudzenie wzmagało rozpacz, lecz jednocześnie jakiś cichy, jeszcze nieśmiały i nieuświadomiony głos szeptał:
— Wróg odparty, Warszawa ocalona. Twój syn to uczynił... Jasnowłosy chłopak, twoje orlę, twój Loluś, Loluś-grajek, który swoją muzyką koił miotające się w zwątpieniu i trwodze dusze druhów-ochotników i budził śmiałe, piękne marzenia, ten najwyższy dar bóstwa, dar królewski, czyniący więzienie — pałacem, koszary — świątynią, noc jesienną — dniem promiennym, szał i zgiełk bitwy — miłą Bogu modlitwą, śmierć — życiem wiekuistem, radosnem jak zorza poranna.