Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciała poległych, ułożone długim szeregiem, przechodzącym około otworu dołu w wielki stos.
— Requiescant in pace! — zaintonował ksiądz.
Sanitarjuszka nic nie słyszała. Chodziła pośród zabitych, zaglądała im w twarze, przewracała umarłych nawznak, szepcąc:
— Muszę znaleźć Miecia Szmidta, obiecałam to jego matce!...
Schylała się nad każdym i małym kawałkiem świecy, słabo płonącej w powietrzu, mgłą przesyconem, świeciła w oczy poległym. Naraz świeca wysunęła się jej z rąk i siostra z krzykiem: „Loluś, Loluś“, padła na skrwawioną pierś zabitego.
Krzyk to był tak rozpaczliwy, że wdarł się do duszy i mózgu obcych ludzi. Przerwał modlitwę ksiądz, rzucili rydle parobcy, jeden z nich nawet płonącą pochodnię opuścił na ziemię. Wszyscy podbiegli i otoczyli kołem drżącą, jak liść osiki, kobietę.
Ona już podniosła się i siedziała przy zabitym chłopaku, rozcierając mu zimne rączyny i chuchając w twarz...
— Cudu, Matko miłosierdzia, cudu! — szeptały drżące usta.
Była to Muchna. Jeszcze wierzyła w cud, jeszcze czekała, że jej bohaterskie orlę, jasnowłosy chło-