Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ksiądz umilkł, a po chwili, podnosząc ręce do góry, zawołał:
— Odrzućcie wszelkie nadzieje, zapomnijcie o swojem małem szczęściu, drobnem kochaniu, ziemskiem przywiązaniu, bo oto oddajecie największe skarby naszej wspólnej Matce-Ojczyźnie, a nie spodziewajcie się za to nagrody ziemskiej dla siebie, ino wyglądajcie łez męki, rozpaczy, bólu, bo zaiste, powiadam wam, bracia i siostry, że to tylko was czeka, gdyż wielu, o, bardzo wielu z tych, którzy dziś odchodzą od nas, już nigdy nie powróci i oczy matek i ojców nigdy już oglądać ich nie będą!
Mówiąc to, proboszcz rękę opuścił, jakgdyby wskazywał kogoś, i oczy w tym, kogo upatrzył, zatopił. Wszyscy zaczęli się oglądać. Uczyniła to i Muchna. Jęknęła boleśnie i na kolana upadła w lęku straszliwym.
Oczy i ręka księdza wskazywały Lolusia, bo też dziwny i cudny miał wygląd ten jasnowłosy chłopak! Stał wyprostowany z szeroko rozwartemi zielonemi oczami, świecącemi nieziemskim blaskiem, z twarzyczką białą, prawię przezroczystą i natchnioną. Promienie słońca, przebiwszy się przez stare szyby kościoła, zapalały się w jego jasnych, złocistych włoskach i blaski cudowne rzucały na czoło, oczy i usta.