Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztabu. Ksiądz podczas rannej mszy zamierzał błogosławić w farze ochotników i mieć do nich pasterskie przemówienie.
Loluś był z całą rodziną na tej skromnej, chociaż nadzwyczaj podniosłej uroczystości. Tłumy odprowadzających zalegały farę i dziedziniec przed kościołem. Rozlegały się szlochania kobiet i ciężkie westchnienia mężczyzn. Z oczu ochotników biły blaski, nieznane w życiu codziennem, chwilami płynęły łzy rozczulenia.
Stary, schorowany, ledwie suwający nogami proboszcz wszedł po nabożeństwie na ambonę i, wyciągnąwszy suchą dłoń nad tłumem, długo stał milczący, jakby wsłuchany w dalekie, przemawiające do niego głosy. Nareszcie zwrócił się ku wielkiemu ołtarzowi i zaczął mówić cichym, przejmującym głosem:
— Królowo i Patronko Polski, Matko Przenajświętsza! Wnijdź w serca matek i ojców, tu przed Tobą w modlitwie pobożnej korzących się! Oto oddają ojczyźnie dziatki swoje w ciężkiej, wielkiej potrzebie. Serca ich oblewają się łzami krwawemi, a dusze pełne są troski i trwogi nieznośnej. Matko Syna Bożego i Zbawiciela, wnijdź w te stroskane serca i przemów do nich, kojąc ich ból i rozpacz!