Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


potyka się, a wybija krok, aż mu skry z pod obcasów lecą! Żebyście tylko widzieli, druhowie! Cud!
— Poznałem i ja panią Szybowską! — ozwał się siedzący na uboczu chłopiec o bladej, prawie niebieskiej twarzy, a oczy mu błysnęły. — Powiadam, wam, na człowieku aż skóra cierpnie, gdy się widzi, że są jeszcze tacy, którzy się za piecem kryją, gdy kobiety już rwą się do boju!
Loluś dalej nie słuchał. Pożegnał druhów, wsiadł w tramwaj i jechał do domu. Zastał matkę w salonie. Były u niej właśnie ciotki, ale wywołał ją do swego pokoiku i stanowczym, chociaż spokojnym głosem oznajmił:
— Muchno, idę do wojska, chcę zapisać się na ochotnika, bo już przyszedł czas!
Matka osunęła się na krzesło, i przymknęła oczy, niby w oczekiwaniu ciosu. Milczała, bo cóż mogła powiedzieć? Przecież już oddawna przeczuwała tę chwilę, rozumiała myśli syna i wiedziała, że „przyszedł czas“. Jednak miłość matczyna jeszcze walczyła.
— Mały jesteś jeszcze, masz dopiero 15 lat! Zresztą chorujesz na oko, synusiu?...
— Muchno, nie mów tak! Mam silne ręce i nogi, walczyć mogę. Kobiety słabsze są ode mnie, a już się zaciągają! — mówił Loluś.