Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dała się do serca i duszy kobiety — a ona zrozumiała szczęście i ukojenie tych, których z kopca mogilnego wywołała pogodna noc zimowa, a może modlitwa i rozpacz Matki...
Powoli wygładziły się zmarszczki bólu na stroskanej twarzy kobiety; nieznany gość — uśmiech, błysnął w wypłakanych oczach i zmiękczył, rozpromienił surowe zarysy warg.
Czekała, bo wiedziała już, że przyjdzie...
Z korowodu widm wysunął się cień — mały, wiotki i szybki. Zsunął się z kopca i prawne niewidzialny cisnął się do rąk kobiety, podnosił twarz swoją do jej ust, padał do nóg i znowu wzbijał się w górę i w oczy zaglądał.
— Chodź tu, Michasiu! Przytulę cię do piersi, okryję, bo zimno ci, boś ledwie ubrany. Chodź już, chłopusiu, chodź tu, do matuli, mój synku malutki! Takem się stękniła, takem się namartwiła! Chodź już, chodź!... Utulę, ogrzeję...
Coraz liczniejszy stawał się korowód. Już nie tylko na kopcu majaczyły cienie. Całe pole kotłowało się od nich.
Ciemna, ciężka chmura sunęła na księżyc. Zerwał się wicher. Zazgrzytała śnieżyca...
Krzyż, skrzypiąc żałośnie, kołysał się pod wściekłem smaganiem mroźnego wichru...