Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pływają na falach dźwięków dusze zmarłych genjuszów i mówią do nich zrozumiałemi, ludzkiemi głosami. Lubił patrzeć na matkę, która grając napamięć, przymykała oczy i cała zatapiała się w muzyce, przyczem twarz jej bladła, a palce biegały po strunach starych skrzypiec, chwilami ledwie muskając je, jak muska olśniona światłem ćma powierzchnię cienkiego kryształu swemi miękkiemi skrzydłami.
Około dziesiątej skończyli grać... Pożegnali babcię i poszli do siebie.
— Muchno! — rzekł Loluś. — Czy nie chcesz trochę się przejść szosą?
W głosie jego była jakaś dziwnie namiętna i rozkazująca prośba. Matka odczuła to odrazu i natychmiast odpowiedziała:
— Chcę, chłopaku mój...
Wyszli z ogródka, minęli gmach komory celnej i zaczęli iść uliczką, brukowaną dużemi, okrągłemi kamieniami, a prowadzącą do klasztoru OO. Franciszkanów.
Przeszli ścieżką pomiędzy żytem i wyszli na szosę.
W powietrzu wisiały resztki kurzu, podniesionego przez ostatni omnibus, odwożący pasażerów z miasteczka do stacji kolejowej; wśród zakurzonych