Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cząc za panów, tyranów! — zawołał któryś z Moskali.
— Ja sam sobie gospodarz i pan, a na tyranów mam pięść i karabin, — rzucił żołnierz, nie patrząc na siedzących przy stole.
— Poddajcie się i proście o łaskę, to was odstawimy do sztabu — rzekł starszy.
Oficer potrząsnął głową i zawołał:
— Ja walczę za swoją ojczyznę, mój ojciec walczy w polskich szeregach. Hańbą — byłoby prosić o łaskę! Do niewoli z własnej woli nie pójdę...
— A ty? — pytano żołnierza.
Białorusin czy Litwin, który „trzymał“ z Polską, nie raczył nawet odpowiedzieć.
— Będziesz mówił, czy nie? — rzucił się do niego Moskal i z rozmachem uderzył go w twarz.
— Rozwiąż mi ręce, a ja ci odpowiem, sobako! — warknął żołnierz.
Bolszewicy zaczęli się naradzać. Trwało to niedługo. Po chwili wstali i, podchodząc do jeńców, oznajmili:
— No, chodźcie już! Czas na was!
Oficer bez słowa skierował się ku drzwiom.
Żołnierz szedł za nim.
Obaj zostawiali za sobą krwawy ślad.
— Przygotuj się na śmierć! — rzekł komisarz do