Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

świerku upiększają kopce, pod któremi leżą zmieszane z innemi kości odważnych a sercem czystych synów. Zapomnienie i obojętność tłumu wynagradzają westchnieniem, łzą matczyną i modlitwą.
Jedna z matek od roku błąkała się po całej ziemi warszawskiej, odnalazła wszystkie mogiły żołnierskie, a przy każdej na twarz padała, ziemię całując i z łkaniem beznadziejnem szepcąc:
— Michasiu, synku, odezwij się! Czyś tu?...
Lecz kopce milczały i prężyły się ramiona czarnych krzyżów, zastygłych w powietrzu. W jesieni wiatr szemrał w krzakach lub na ściernisku, w lecie — żyto gwarzyło, żałując tych łez lub dziwiąc się trosce i męce matczynej.
A ona tymczasem wciąż szukała i pytała o grób syna niemych mogił, ledwo dostrzegalnych kopców i krzyżów pochylonych.
Milczenie i cisza odpowiadały jej, a więc szła dalej i dalej, szukając, wołając bezdźwięcznym głosem, w którym drgały łzy, a chwilami przerywała ten niemy szloch burza nienawiści, straszliwych przekleństw i szału.
Ludzie po wsiach już ją znali i na jej widok ze smutkiem kiwali głowami, odprowadzając ją zatroskanemi oczami.