Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pluton odrazu zerwał się z miejsca i mknął już ulicą z okrzykami:
— Niech żyje Polska! Bij! Bij!
Z domów zaczęli wypadać bolszewicy, zaskoczeni we śnie, więc bez broni, nawet często bez butów.
Wiara biegła z karabinem w ręku i krzyczała:
— Poddawać się, psubraty!
Moskale podnosili do góry ręce i stali, nie wiedząc co z nimi będą czynili „Lachy“.
— Do kupy wszystkich! — rozległa się komenda Strzeleckiego. — Gnać ich przed plutonem. I dalej pędem, biegiem! Naprzód!
Przed jednym tylko domem część ludzi Strzeleckiego była zmuszona zatrzymać się. Z poza płotu, rozległy się gęste strzały bolszewików.
— Kapral! — krzyknął oficer. — Obrzucić dom i podwórko granatami!
Podczas, gdy polskie granaty ręczne pękały z tyłu, pluton, zasłonięty od przodu kupą jeńców, biegł w stronę gmachu magistrackiego.
Na placu oddział w jednej chwili rozwinął się w długi szyk i zaczął ostrzeliwać gmach i sąsiednie budynki.
Wtem zauważył Strzelecki niewielką barykadę, a za nią stojące karabiny maszynowe.
— Chłopcy, zdobyć maszynki!