Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oddział, grzęznąć w rozmiękłej ziemi, ślizgając się na zboczach gliniastych pagórków i przedzierając przez krzaki, zbliżał się szybko do miasta.
Bolszewicy, jak przewidywał dowódca, nie oczekiwali ataku.
Warty stały rzadko, a i te ukrywały się przed deszczem pod wystającemi strzechami podmiejskich zabudowań i za rogami domów.
Jakiś bolszewicki żołnierz, spostrzegłszy zbliżający się oddział, nie mógł w półmroku i przez gęstą sieć ulewy rozpoznać, kto idzie, wyszedł więc ze swej kryjówki i zaczął się przyglądać, nasuwając bardziej na czoło daszek czapki, aby zasłonić oczy od siekącego deszczu.
— Zdjąć go tam bagnetem! — rozkazał Strzelecki swoim żołnierzom.
Kilka ciemnych postaci natychmiast oderwało się od plutonu i pobiegło do wartownika. Ten krzyknął przeraźliwie, chciał wypalić z karabinu, lecz coś mu się w nim popsuło, więc zaczął uciekać co tchu w stronę ulicy, prowadzącej do magistratu.
Wysoki, przezwany „Tyką“ żołnierz, robotnik kopalniany, Bronisław Śliwniak, rozpuścił swoje długie nogi, dognał bolszewika i gruchnął go kolbą.
— Naprzód! — zawołał Strzelecki. — Biegiem!