Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To była zbrodnia! — rzuciło sumienie twarde słowo.
— Nic puścić, odmówić błogosławieństwa — byłoby gorszą zbrodnią, gdy kraj stał przed zgubą! — broniła się matka.
— Powinni byli iść dorośli, nie dzieci! — jątrzyło dalej sumienie.
— Obrońcy kraju powołali dzieci, gdy zabrakło chętnych wśród dorosłych.
— Niechby zginął taki naród! — smagnęło sumienie.
— O, nie! — oburzyło się serce Matki-Polki. — My, kobiety, wpoiłyśmy w synów miłość do kraju i gorące poczucie obowiązku. Nastał czas i — poszli, nie dali upaść narodowi!...
W wagonie 3-ciej klasy usiadła w ciasnym przedziale obok wyniszczonego, chudego i bladego człowieka w płaszczu żołnierskim. Na piersi miał krzyż walecznych.
Zawiązała się ogólna rozmowa. Żołnierz był w dywizji, która broniła Warszawy, wracał na wieś po wyleczeniu ciężkich ran.
Matka jęła wypytywać o pułk syna, o ataki przeciwko bolszewikom i opowiedziała, że przepadł jej bez wieści chłopak i że zapewne dostał się do niewoli.