Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyznawali od wieków, uważając się za Polaków, więc zdrady pierwszej niema tu wcale...
Uśmiechnął się i ciągnął dalej.
— Istotnie, szerzyłem polską i katolicką kulturę wśród Białorusinów, aby ochronić ten szczep, należący zawsze do Polski, od zgubnych wpływów rosyjskich urzędników i popów, którzy czynili z nich niewolników, pijaków i rozpustników. A byli to pewno niegodziwi urzędnicy i niedobrzy popi, bo przecież Sowiety powyrzynały wszystkich?
Odetchnął trochę i mówił dalej.
— Brałem udział w organizacjach polskich wszelkiego rodzaju, bo rozumiem, że wy niesiecie z sobą niebezpieczeństwo dla całego świata cywilizowanego i chrześcijańskiego. Nie myślcie jednak, że te wasze hasła, wasza nauka, panowie, są groźbą dla ludzkości. Bynajmniej! Jesteście niebezpieczni swoją ilością. Za dużo was! Miljony i miljony! Przeciwko wam tymczasem jest jedna broń — pięść, bagnet, siła. Na Polsce, jak zawsze, leży święty obowiązek obrony Europy od „tatarszczyzny“, musimy się więc organizować. To chyba zrozumiałe? Więc niema zdrady mojej i przeciwko waszemu rządowi. Uznaję go dla Rosji, ale nie dla Polski i nie dla Europy. Jednego wszakże pojąć nie mogę! Dlaczego właśnie pan, panie sędzio, tak gorąco broni