Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miast zameldować księdzu dziekanowi, że przybył „Wilk“.
— Wilk? — zapytał ze zdziwieniem służący.
— Tak jest, „Wilk“! — potwierdził gość. — Takie moje nazwisko. Spieszcie się, bo czasu nie mam wcale a spraw wiele — wiele.
Służący, ociągając się, wyszedł, lecz powrócił szybko i oznajmił:
— Ksiądz dziekan prosi pana do sali!
Wilk wszedł do sali, gdzie za długim stołem, pokrytym czerwonem suknem, siedziało kilka osób.
Na widok wchodzącego gościa powstał ksiądz olbrzymiego wzrostu i wspaniałej postawy. Na pięknej, rasowej twarzy o dumnem czole i dużym nosie świeciły się przenikliwe, śmiałe oczy.
Powaga i wspaniałość biły z każdego ruchu, a jakaś ujmująca i budząca poszanowanie łaskawość dźwięczała w każdem słowie księdza dziekana. Krew i rasa złożyły się na to, gdyż ten gorliwy, światły, ubóstwiany przez młodzież i starsze pokolenie ksiądz, gorący patrjota polski, był potomkiem możnych Waregów, którzy z mglistej Skandynawji przywieźli przed wiekami władców rosyjskich — Rurykowiczów.
Ksiądz wyciągnął prawicę do Wilka i rzekł, zwracając się do zebranych: