Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byli też synami Polski i tylko Moskale nas poróżnili. Przechodź!
— Słuchaju! — odrzekł swoim zwyczajem Andruszka, a w kilka dni potem paradował w ułańskim polskim mundurze, pozostając ordynansem porucznika Węcławowicza.
Przypomniał sobie te czasy oficer i zdziwiły go bardzo słowa żołnierza, że „Niemirów jak mogiła jakaś“. Andruszka prostemi słowy wyraził to, co czuł Węcławowicz od chwili, gdy przybył tu na czele kilku żołnierzy na zakup koni.
— Tak, tak! — myślał oficer. — Mogiła.
To przygnębiające wrażenie, jakgdyby przeczucie zbliżającego się nieszczęścia, nie opuszczało oficera od kilku dni.
Zawsze wesoły, krotochwilny łobuz, bursz dorpacki, pojedynkowicz, kiereszujący na bigos „oblicza barońskich synów“ lub dziurawiący im z pistoletów skórę, niegardzący olbrzymim kuflem piwa lub butelczyną starego wina, spochmurniał, stracił na humorze i śpieszył się z wykonaniem polecenia. Szło to jednak z trudem, bo rosyjskie żołnierskie sowiety mitrężyły sprawę. Siedział w Niemirowie już jedenasty dzień, kłócąc się z bolszewikami o każdego konia i z niecierpliwością oczekując listów z domu i z pułku od kolegów. Zauważył, że