Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/121

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Panie poruczniku, panie poruczniku! Czy słyszycie mnie?
    Węcławowicz, zebrawszy wszystkie siły, jęknął.
    Wtedy Andruszka przeżegnał się pobożnie i, wyjąwszy flaszkę z wodą, zaczął wlewać łyk po łyku do ust oficera.
    — To dobre! — mruczał przytem. — Na połowę z gorzałką.
    Gdy oficer trochę wrócił do przytomności, żołnierz wziął go na szerokie bary i spokojnie poszedł w stronę rosyjskich okopów.
    Wyratował go wtedy Andruszka, którego uważano za najgłupszego dragona w pułku.
    Później, gdy rosyjska armja rozpadła się, a dowództwo przeszło w ręce żołnierzy-bolszewików, Węcławowicz postanowił drapnąć do tworzącego się wtedy korpusu polskiego, ale żal mu było ordynansa.
    Pewnego razu zawołał go do siebie i zapytał:
    — Jak ci się, Andruszka, podoba nowe „naczalstwo“?
    Żołnierz splunął i odpowiedział też pytaniem:
    — Co się ma podobać naczalstwo, które ja mogę bić po mordzie, kiedy mi się tylko zechce?
    — Słuchaj, przyjacielu! Ja jutro jadę do polskiego korpusu, czy pojedziesz ze mną? Białorusini