Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przysłali, tak i koniec, nikt nie pisze, a ty człowieku biegaj i biegaj do kancelarji!
— Nie podoba ci się w Niemirowie?
— Co się ma nie podobać? Służba to służba! Ale ten Niemirów, jak mogiła jakaś...
— No, idź już, Andruszka! — rzekł oficer.
— Słuchaju! — odpowiedział żołnierz i, obróciwszy na potężnych nogach swoje barczyste ciało, ruszył z dziedzińca.
Węcławowicz patrzał za nim i przypominał sobie, jak leżał na polu ranny, śród dragonów rosyjskich, w których służył podczas wojny światowej. Nie mógł się ruszyć, słońce piekło straszliwie, wysychały usta z pragnienia, a naokoło umierali, obłędnie jęcząc i miotając się ranni, gwizdały kule i wybuchały pociski niemieckie, wyrzucając do góry słupy ziemi, kamieni i szczątków ludzkich.
W nocy spostrzegł Węcławowicz małe, żółte światełko, które migało na pobojowisku. Niemcy rozpoczęli ostrzeliwać całe pole, lecz światełko wolno sunęło naprzód, to opuszczając się do samej ziemi, to unosząc się wyżej. Nareszcie zbliżyło się do leżącego nawpół żywego oficera i zniżyło do jego twarzy.
Wtedy Węcławowicz posłyszał głos swego ordynansa Andruszki: