Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



WIERNOŚĆ BOJOWA.

— Andruszka, chodź no tu! — krzyknął młody, zawsze wesoły oficer ułanów, Bohdan Węcławowicz.
— Słuchaju! — odezwał się z kuchni ordynans, a po chwili zjawiła się niezwykle barczysta postać żołnierza-Białorusina o szerokiej, dobrodusznej twarzy, i wyprostowała się po wojskowemu przy progu.
Oficer zaśmiał się i zawołał:
— Nie „słuchaju“, a tylko „słucham“, jeżeli chcesz mówić po polsku, Andruszka!
— Słuchaju! — wypalił żołnierz, ale się natychmiast połapał i szeroką dłonią uderzył się w usta.
— Idź natychmiast do kancelarji i zapytaj, czy niema tam listów dla mnie! — rzekł Węcławowicz.
— Tak ja już dziesięć razy biegał, a nic i nic! — odezwał się Andruszka.
— Nogi ci odpadną, jeżeli jedenasty raz pójdziesz? — zapytał oficer.
— Nie odpadną! — odparł ordynans. — A tylko mnie złość bierze, że o panu poruczniku zapomnieli. Jak nas do tego przeklętego Niemirowa