Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długo, z pokolenia w pokolenie przechodził krzyż Marcina Olczaka, lecz nikt z Olczaków nigdy nie śmiał uważać go za swój prawowity spadek po przodku.
Nastał krwawy, rozpaczliwy rok 1920, gdy walczyć z najeźdźcami rosyjskimi poszła młodzież i dziatwa polska.
Całe pułki tworzono z tych, którzy musieli zastąpić starsze pokolenia by podnieść wysoko godło i imię wolnej Polski. Niewielu z nich powróciło do ognisk domowych.
W 205-ym pułku piechoty było sporo młodzieży, którą rodzice w ofierze składali ojczyźnie, a wśród nich German Olczak, żołnierz-harcerz. Silny, zwinny, do broni wszelkiej przyzwyczajony, śmiało wszystkim w oczy patrzący, drużynowy harcerski — takim był 18-letni Olczak, uczeń gimnazjum Staszica w Zgierzu.
Pułk przechodził wszystkie koleje wojny. Rzucano go w różne miejsca frontu i harcerz widział dużo rzeczy okropnych, występnych prawie, ale przeżył też chwile najwyższego uniesienia bałwochwalczego niemal hołdu dla ducha swego narodu.
Ciężkie rozczarowania i zwątpienia w zwycięstwo Polski niedługo zatruwały mu serce i duszę. Wkrótce Olczak już płonął cały jedną myślą