Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czarni, obdarci i brudni, jak djabli! — zawołał jeden z ochotników i wystawił nogę w porwanym na strzępy bucie. — Jutro muszę lecieć i żebrać o buty, bo to podobno kupcy warszawscy naprzysyłali nam prezentów za odparcie Moskali.
Długo jeszcze siedzieli w chałupie i rozmawiali koledzy, a rej śród nich wodził, jak niegdyś w gimnazjum „entuzjasta Superbus“.
Jak gromił dawniej krwiożercze, wrogie kulturze pierwotne instynkty ludzi i barwnie malował grozę i ohydę wojny, tak teraz upajająco opisywał zgiełk i grzmot bitwy, doskonale imitując trzask strzelaniny karabinowej, grzechotanie kulomiotów, ryk dział i huk lecących i wybuchających pocisków armatnich.
Paliły się młode serca do nowych bojów za ojczyznę, do bohaterskich czynów, do chwały.
Było to szczere, młode, szlachetne uniesienie i zapał prawdziwie rycerski.
Wszystko się zmieniło, wszystko się zlało w jednnym porywie, zatarły się, znikły bez śladu różnice przekonań i poglądów. Wszyscy rozumieli się od pierwszego słowa i wszystkie serca biły jednym rytmem.
Nikt nie pamiętał o sobie, o wywczasie, o wygo-