Strona:F. Antoni Ossendowski - Huculszczyzna.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie grożą tu niebiosom ostrzami wierchów poszarpanych.


Pop Iwan

Gdzieniegdzie tylko nad kotłami, głębią dolin i czernią zworów wąskich, zwisają urwiste spychy skalne, których się czepiają jarzębiny, dereń i jeżyny, zrzadka — limba smukła, a już bliżej samej grani — jałowiec i... różanecznik — zwiastun wyżyny. Puszcza zdobyła wszystkie zbocza i wysłała ku łożyskom rzek, szumiących w nizinie, buki, leszczynę, olchę i wierzby rozrosłe... W kniei, po wydeptanych przez siebie perciach, sapiąc, tuła się niedźwiedź, szukając mrowisk, nór krecich, jagód i dziupli, gdzie osiadł rój pszczeli, aż go głód rozzuchwali do reszty, zmuszając przedrzeć się na połoniny i spróbować szczęścia w rabunku, chociaż czujnie strzegą stad psy kosmate, a juhasi ostre mają oczy i najlżejszy nawet ślad kniazia borów wypatrzeć zdołają. Rysica, co lęgi swoje ma w wykrocie pod złomami staremi, nie śmie wychynąć z mroku puszczy. Śmiga płowem, centkowanem ciałem po matecznikach sąsiednich, aby coś zdobyć i porwać znienacka — tu mysz lub wiewiórkę, tam — „gotkę“ — szarą głuszycę, siedzącą na gnieździe, albo jarząbka, myszkującego w podszycie i leżaninie. Po nocy chyba, gdy czarne chmury pełzną po niebie i gdzieś woddali przewalają się grzmoty — głuche jeszcze i leniwe, — czołga się rysica na skraj lasu i węszy, czy nie pasą się wpobliżu jelenie i kozły, co tylko o zmroku wychodzą