Strona:F. A. Ossendowski - Złoto czerwonych skał.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
9

Szybko podniósłszy strzelbę do ramienia, strzelił do uwijających się koło sani wilków. Jeden padł odrazu, drugi, kulejąc i kłapiąc kłami, pokulał w stronę krzaków. Dopiero gdy drugi strzał obalił starą wilczycę, cała zgraja rzuciła się do ucieczki, lecz Łoski zdążył strzelić jeszcze dwa razy, zabijając jedną sztukę i zapewne raniąc inne, bo świadczył o tem żałosny skowyt wilków, niewidzialnych już w gąszczu i ciemności.
Łoski wyszedł na drogę i skierował się ku saniom.
Stojący w nich ludzie rzucili się do niego, obejmowali go za kolana i całowali po rękach, wołając:
— Zbawco nasz, niech Bóg wynagrodzi ciebie stokrotnie...
Wygnaniec przyjrzał się nieznajomym i osłupiał.
— Setnik Ratimow! — wyrwał mu się okrzyk zdumienia, lecz po chwili uspokoił się i cofnął rękę, którą kozak okrywał pocałunkami.
— Och, gdyby nie wy, pożarłyby nas wilki!.. — wołał Ratimow. — Wyruszyłem na objazd z młodą żoną... Pobraliśmy się dopiero przed miesiącem, więc nie chcieliśmy się rozłączać... Aż tu koło Czerwonej Strugi jęła ścigać nas ta oto stara wilczyca, coście ubili ją drugim strzałem. Pędziła za nami podła, latarniami świeciła i nawoływała, aż się zbiegła cała zgraja! Konie nam zarżnęły przeklęte wilki, i do nas dobierać się zaczęły. Na szczęście miałem ze sobą zapasowy dyszel, więc porąbałem go na dwie części i tem broniliśmy się, ale już sił nam brakło... Gdyby nie wy... oj, pomyśleć nawet strasznie...
Schwyciwszy rękę Łoskiego, znów przycisnął ją do zimnych warg, a wygnaniec poczuł, że okrutny, brutalny zawsze setnik płacze.
— Uspokójcie się, setniku! — powiedział Łoski. — Nic już wam nie grozi! Posłyszałem wasze strzały i wołanie, bo, na szczęście, taka cicha dziś wypadła noc.

— Toście aż z chaty przybiegli? — zdziwił się kozak.