Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Puściwszy kilka kółek dymu, lady Rozalja jęła mówić dalej:
— Pani Elza Tornwalsen uczestniczyła w kilku nader zuchwałych pływankach, pełniąc służbę... zwykłego majtka. Państwo zrozumieją teraz, dlaczego przyjaciółka moja nie posiada tej formy pływackiej, której wymagają prawidła sportowe. Pływa tak, jak ryba, nie myśląc o tem, jak należy pływać. Płynie sobie i — basta! Popłynie też i dziś swoim zwyczajem i własnym sposobem, który, jak dotąd, dał wyniki doskonałe. Mrs. Tornwalsen, jak państwo pamiętacie, przyjęła zakład, zaproponowany przez Johna Cornyla, bez zastrzeżeń! Wobec tego warunki wyścigu ustalone zostały dopiero w parę dni później. Start ma się odbyć na skoczni jacht-klubu w Ciboure, poczem zawodnicy popłyną przez całą zatokę Saint-Jean-de-Luz i podążą na ocean koło mola, w pobliżu przylądka świętej Barbary.
— Przepraszam — przerwał redaktor sportowego tygodnika — a dalej? Czy zawodnicy popłyną na północ w stronę Guéthary i Biarritz, czy też na południe — ku Haycabia i Hendaye? To bardzo ważna okoliczność!
— Niezawodnie! — zgodziła się pani Steward-Foldew. — Otóż stanęło na tem, że dalszy kierunek ma prawo obrać pierwszy współzawodnik, dopływający do mola św. Barbary.
— To bardzo ważny szczegół, bo daje przewagę szybszemu z pływaków! — zauważył korespondent Havas’a. — Bez wątpienia wybierze on najbardziej sprzyjający kierunek w zależności od stanu morza.
Lady Rozalja spokojnie podniosła ramiona i rzuciła jedno tylko słowo: