Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Elzo! Nie wolno mówić — dychawiczne! Te panie wszak nie są końmi!
— Ech! — machnąwszy ręką, odparła Elza. — Sapały, jak stare klacze, albo zgoła mocno używany kuter parowy!
— Ah, God! — wykrzyknęła Angielka, lecz po chwili, zasłaniając usta szalem, zaczęła się trząść ze śmiechu.
Obie panie wsiadły do auta i odjechały.
Pitt Hardful dojrzał kilka pasemek jasno płowych, prawie złocistych włosów, wybijających się z pod wiśniowej czapeczki Elzy i duże, smętne oczy niebieskie, w których nie spostrzegł ani wesołości, ani podniecenia.
— Otto Lowe... — szepnął kapitan i szybko poszedł do domu.
Podobał mu się wygląd Elzy Tornwalsen.
Silna, zwinna, niewymownie zgrabna, pełna spokoju i pewności siebie figura pięknej damy niczem nie przypominała dawnej rybaczki z Lango. Znikły bez śladu zbyt szybkie lub chwilami ociężałe ruchy, nieco rozkołysany chód i to zwykłe marynarskie, mocne wpieranie w ziemię stóp, jak gdyby chwytających umykające co chwila deski śliskiego pokładu.
Wyprostowały się plecy nieco przygarbione dawniej i podniosła się dumnie kształtna głowa, oparta na cienkiej, lecz silnej szyi.
Coś — niecoś pozostało jednak z dawnej Elzy. Dość szerokie, lecz miękkie w ruchu ramiona były zlekka pochylone naprzód, a oczy głębokie i jakgdyby pochmurne patrzyły śmiało i twardo.
Pitt Hardful wpadł do holu swej willi i natychmiast zatelefonował do hotelu „Edward VII“.