Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ani słówka, bo, powtarzam, stało się to tak nagle, pan wydawał mi rozkazy tak dziwnym głosem, chociaż ja właśnie w tymże pokoju stawiałem do szafki pudełko z cygarami, z temi, co to przed miesiącem...
— Słuchaj, George, rozpruj starą poduszkę, albo nawet dwie i wypchaj się pierzem po same gardło, może wtedy przestaniesz wymachiwać ozorem, jak wiatrak! — krzyknął Bertrand z furją.
— Ach, to i pan, panie redaktorze... — jęknął lokaj z przerażeniem.
Dziennikarz trzasnął drzwiami i wybiegł na ganek. Łamał sobie głowę nad tem, co mogło się przydarzyć kapitanowi i co spowodowało jego nagły wyjazd do takiej miejscowości, jak jest Saint-Jean-de-Luz, — mała mieścina wypoczynkowa nad Atlantykiem, tuż nad granicą hiszpańską.
Nietylko sędziwy Bertrand, który naogół prawie nie znał życia Pitta Hardfula, lecz nikt na całym świecie nie zgadłby przyczyny wyjazdu kapitana. Długo nie wiedział o niej nawet Juljan Miguel i, chodząc po plaży, mruczał:
— Po co my tu przyjechaliśmy! Gdyby nie to, że sam sztorman nazywał tę sadzawkę Atlantykiem, nigdybym nie uwierzył! Żadnej porządnej fali, żadnej dmy. Cha! Tu nawet sam Puhacz nie zapadłby na morską chorobę. Co tu mamy do roboty?
Tymczasem stała się rzecz, jedna z tych, których nikt przewidzieć nie może, a które nieraz zmieniają bieg wypadków.
Pitt Hardful, przeglądając dzienniki, rzucił okiem na dział sportowy jakiejś gazety, wychodzącej na po-