Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niech pan tylko nie gra z nami komedji, ale wprost powie — ile?
— Co to znaczy: ile? — pytał, mrużąc oczy, kapitan.
— Ile pan żąda od nas z tych sum, które nam złożą akcjonarjusze „Polarnego Złota“? — odpowiedział prezes związku banków.
— Nic! — zaśmiał się Pitt Hardful. — Nic, bo nie będzie żadnego akcyjnego nabierania ludzi, panowie! Ma powstać towarzystwo na wskazanych przez mnie warunkach i — powstanie!
— Pan chyba sobie z nas żartuje? — krzyknął inny bankier. — Cóż pan myśli, że nasi geologowie i górnicy nie znajdą półwyspu Tajmyrskiego i nie zdobędą tam terenów bez pomocy pana? Ha! Ha! Nie pomyślał pan o tem, prawda?
Pitt Hardful wstał i spokojnie odparł:
— Więc aż tak dalece spodobał się panom mój projekt, że chcielibyście się dopuścić... dopuścić się zupełnie wyraźnego szwindlu... Na szczęście, nie uda się wam ta sprawa. Tereny złotodajne są w całkowitem legalnem posiadaniu już istniejącego towarzystwa, co uznał rząd rosyjski i rada starców szczepu, do którego ziemia ta od wieków należy. Lecz skoro panowie raczą w ten sposób kwestję stawiać, to może przerwiemy dalszą dyskusję... Migu, podaj panom palta, kapelusze i laski, bo panom śpieszno...
— Socjalista z pana i źle pan skończy! — zauważył pewien stary arystokrata.
— Nie jestem socjalistą, bo nie uznaję bezdusznej i bezwolnej trzody, kierowanej przez kogoś, kto uważa