Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdy obok domu kapitana rozległa się salwa, po niej — druga, a potem częstotliwy trzask karabinów.
Pitt schwycił rewolwer i wybiegł na ganek.
W tej chwili rozległo się kilka strzałów i kapitan, nie wydawszy okrzyku, padł nawznak i stoczył się ze stopni.
Nie słyszał już, że od strony szybu i od środkowych domków, zajętych przez starych osadników, zaczęły grzmieć regularne salwy, nie widział, że ciała umierających ludzi miotały się i drgały na ziemi, a krew powoli wsiąkała w twardą, zimną ziemię.
Walka trwała przez cały dzień i dopiero przed zachodem słońca buntownicy poddali się i złożyli broń.
Powiązanych odprowadzono przed dom rady, gdzie tłum i aresztowani koloniści długo oczekiwali wyroku sądu.
Wreszcie na ganek wyszedł Gérome blady, o oczach posępnych.
— Dziś po raz pierwszy w dziejach „Krainy Wielkiej Odmiany“ polała się krew, — zaczął inżynier. — Niegodni, nędzni ludzie, obłudnie głoszący sprawiedliwość i równość socjalną, przelali ją, chcąc zagarnąć złoto, należące do wszystkich osadników, i zniweczyć plan kapitana Hardfula. Złoczyńcy podnieśli rękę na twórcę „Złotej Studni“, twórcę dzieła, które miało wychować nowe społeczeństwo. Kapitan, trafiony dwiema kulami, walczy ze śmiercią... Rada przyszła do przekonania, że wilków i hien nie można żywić cukrem, nie można też stosować do nich humanitarnych metod rządzenia...
W tłumie, otaczającym więźniów wybuchnęły krzyki: