Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pitt. — Tymczasem chcę prowadzić dalej swój eksperyment... wychowawczy... bez bata i więzienia.
Więcej już o tem nie mówili, widząc upór kapitana, a może wyczuwając jakąś ukrytą, niedopowiedzianą myśl jego.
Życie jednak ma swoje prawa, których zmienić gwałtownie nie może najsilniejsza nawet jednostka.
Życie to przemówiło niespodziewanie.
Już śnieg stopniał na szczytach gór i utworzył w wąwozie, zamkniętym wysoką cementową tamą, duży staw nad „Złotą Studnią“; jezioro i rzeka oczyściły się z lodu, a woda, rozlana na nizinie, ustępowała powoli, wylewając się do koryta Tajmyru.
W szybie pracowano energicznie. Dymiła i warczała winda, podnosząca żelazne kosze z rudą, turkotały wagonetki, wiozące złotodajną ziemię na maszynę.
Pitt Hardful powrócił był do siebie z dyżuru przy budowie nowych domków, gdy nagle rozległ się tupot nóg na ganku i do izby wpadł zasapany, zdyszany i rozjuszony Esuperanzo Gradaz.
— Capitano! — wrzasnął. — Uciekaj i ukryj się! Te „carronas pestilentes“, te „animales“ postanowili napaść na capitano, zabić go, ograbić skarbiec, aby się podzielić złotem, i zagarnąć „Złotą Studnię“... Vamos! Uciekaj, ratuj się! En seguida!
Kapitan wpatrywał się w wybałuszone, czerwone oczy Hiszpana.
— Czy jesteś pewny tego? — zapytał.
— En efecto, es verdad! — zawołał Gradaz.
— Dobrze — rzekł spokojnie Pitt. — Biegnij teraz i uprzedź inżyniera.
Nie zdążyły jeszcze zamilknąć ciężkie kroki Gradaza,