Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bocznych galeryj, ogarniających najbardziej wydajną część terenu i przygotował rozległe place dla eksploatacji.
Był zadowolony ze swej pracy. Spodziewał się do przybycia „Witezia“ wydobyć znaczną ilość złota.
Kapitan Pitt Hardful żył, ogarnięty nieznanem mu dotąd uczuciem. Zdawało mu się, że po szalonej, wściekłej burzy, po beznadziejnej, mrocznej nocy sztormowej, pełnej zgiełku i odgłosów zbliżającej się śmierci, wypłynął nagle na lazurową, spokojną, roziskrzoną miljardami błysków i plam słonecznych przestrzeń morza — gładkiego niby wielkie, złotem i szafirami usiane zwierciadło. Dusza jego, ujęta w twarde karby surowego posłuchu, przytłoczona twardym nakazem woli, rozjaśniona i podbudzona jedyną władającą nią ideą, nagle się rozprężyła. Z głębi jej szły teraz powiewy łagodne i radosne, biło światło niemal nieziemskie. Odczuwali to wszyscy wokół i z uśmiechem przychylnym spotykali dobrotliwy wzrok kapitana, opromieniony wdzięcznością dla całego świata.
Patrząc na Elzę Tornwalsen, zagłębiając spojrzenie w jej oczach szafirowych i płomiennych, Pitt wstrzymywał oddech, a wtedy wydawało mu się, że jakaś tajemnicza, przepotężna istota, dobrotliwa dla niego bezmiernie i miłosierna, zesłała na ziemię świetlane wcielenie swoje, jako zapowiedź nieogarnionego rozumem szczęścia bez kresu, bez początku i bez końca. W takich chwilach przymykał oczy i przysięgał w porywie modlitewnym, że nie zatrzyma się na wytkniętej przed sobą drodze, że nadal służyć będzie ludzkości, w której wyczuwał utajoną na dnie jej niezbadanej nigdy duszy — tlącą się iskrę przedwiecznej i nieśmiertelnej Prawdy.