Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ani w dzień ani w nocy światło słońca — to złociste, to szkarłatne. W jego promieniach odżywają uśpione pod grubą powłoką śnieżną drzewa, krzaki i młode pędy roślin różnorakich, budzą się do życia i z wybuchem namiętnego szału rodzą nowe pokolenia. Owady liczne i chyże roznoszą pyłek rozrodczy od kwiatka do kwiatka, od jednego gaju do drugiego. Ptactwo nie płochliwe, spokojne o byt, wije gniazda na miejscach otwartych, na łachach nagich, na goliznach żwirowych. Wszelaki zwierz gzi się w krzakach w gonitwie miłosnej, gwiżdże, porykuje rzewnie, wyje — namiętnie. Spieszy wszystko, co żyje, daninę złożyć obfitą na ołtarzu natury, wydać młódź silną, zahartować i przysposobić ją do walki o życie.
Od wiosny zaczynają się na północy dziwne, urocze zjawiska.
Oto jeszcze dmie północno-wschodni „szarbagaj“, jeszcze miotają śnieg zamiecie wściekłe, jeszcze nie zczerniał śnieg w jarach, nie popękała lodowa zbroica jezior i rzek, jeszcze nie zatrąbiły przelotne klucze żórawi i sznury łabędzi i gęsi, a już niewiadomo — jak i skąd — dzwonią strumyki, wybiegające z pod białego całunu, już tam i sam bzyka mucha zielona i groźnie brzęczy komar drapieżny, już wykwitają, przebiwszy zlodowaciałą skorupę śniegu żółte, kosmate, puchem porosłe anemony, a na bagniskach występują na lodzie brunatne plamy — to wodorosty i rzęsy przełomem rwą się na światło dzienne... Gasną ostatnie zorze polarne, walczące o zmierzchu i o północy z pożegnalnemi błyskami słońca, które zachodzi i po chwili już wschodzi, jakgdyby poto tylko pogrążyło się do morza, aby umyć złote oblicze swoje.