Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wycofawszy się z orty, Pitt posłał Géroma i dwóch wprawnych górników, aby sprawdzili jego spostrzeżenia.
— Ci ludzie zginęli... — rzekł ponuro Gérome, powróciwszy z orty.
— Zginęli, przywaleni częścią góry... — powtórzyli górnicy.
Ksiądz Leduc zaintonował modlitwę za umarłych. Wszyscy uklękli i powtarzali za kapłanem słowa błagania o wieczny spokój dla tych, których pogrzebały góry Mgoa-Moa. Postawiono nad miejscem katastrofy wysoki krzyż, a nazajutrz, gdy ustalono ilość ofiar, wypisano dwadzieścia trzy nazwiska na tym nie pierwszym już grobowcu na Tajmyrze.
Nikt nigdy nie zaglądał tam, obawiano się i omijano to miejsce.
Jedynie tylko ciekawy, jak każdy Hiszpan, Esuperanzo Gradaz w wolnej chwili zwiedził miejsce strasznego wypadku. Powrócił jednak szybko i drżącym głosem opowiadał każdemu, kogo spotkał, że na własne uszy słyszał westchnienia i jęki, wydobywające się z wnętrza góry.
— Z pewnością, dusze zaginionych płaczą i żalą się, że chciwość zgubiła je... — szeptał i wzdrygał się cały.
Gdy o tych opowiadaniach dowiedział się Pitt, przyłapał starego Hiszpana na ulicy i rzekł do niego surowo:
— Co senor bajesz o jakichś tam jękach i szlochach, czem straszysz mi ludzi?! To wicher zawodzi, bo w tamtej stronie jest dużo wąwozów i rozpadlin głębokich...
— Madonna! — szepnął Gradaz. — Esuperanzo Gradaz wiedzieć o tem!