Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drans, może więcej, gdy na oświetlonej rzadkiemi latarniami ulicy zamajaczyła słaniająca się sylwetka ludzka.
— O — o! — rozległo się wycie. — Ratujcie!... ratujcie!... ludzie zginęli!...
— Stój! — zawołał, podbiegając do niego, Pitt. — Uspokój się i mów!
Kolonista blady jął opowiadać z płaczem, że razem z innymi pokryjomu pracował w „ukośnej orcie“. Nagle ukrył wykrzywioną przerażeniem twarz w dłoniach i krzyknął rozpaczliwie:
— Pracowaliśmy tej nocy, jak zwykle... wyszedłem na chwilę z podziemi, gdy nagle... nagle rozległ się huk straszliwy i góra się obsunęła... Oni zginęli... wszyscy... wszyscy!
Kapitan nie słuchał więcej, podbiegł do dzwonu, wiszącego na placu rady, i trzykrotnie uderzył w niego.
Z domów zaczęli wypadać koloniści, od strony szybu biegł inżynier Gérome z dyżurną zmianą osadników, pracujących w szybie.
— Inżynierze! — krzyknął Pitt. — Zawaliła się „ukośna orta“, w której potajemnie pracowało kilku naszych ludzi. Trzeba natychmiast przystąpić do ratowania nieszczęsnych! Oddajemy się pod waszą komendę!
Inżynier szybko wydał rozkazy i wkrótce dwustu ludzi, uzbrojonych w kilofy i rydle, biegiem ruszyło na miejsce katastrofy. Rozpalono natychmiast duże ogniska, ustawiono przenośne latarnie acetylenowe i przy ich świetle rozpoczęła się ciężka walka ze stężałą ziemią, głębokiemi zaspami śnieżnemi i zwałami kamieni.
Wszyscy zrozumieli, że pracujący w orcie ludzie, pokładając nadzieję w trwałości zmarzniętych warstw