Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zbrodniarze stawali się najlojalniejszymi członkami społeczeństwa w tym surowym, dzikim kraju złota, podstępu, przelewu krwi i panującego powszechnie prawa Lyncha.
— W każdym razie musimy się cieszyć z tego — zauważyła Elza.
Zima opanowała oddawna całą północ, srożyła się, szalała, przerażała. Jednak nie była to już ta straszna, czarna zmora, pełna zjaw niepojętych, przejmujących zgrozą, wtedy, kiedy to mała garstka ludzi zabrnęła tu przed laty i osiadła po raz pierwszy.
Osada „Złotej Studni“ mogła teraz bez wielkich cierpień i ciężkich doświadczeń istnieć podczas tej nocy bezradosnej, ponurej, lub znowu szalejącej niewiadomo skąd tryskającemi kaskadami tajemniczych, zagadkowych świateł, ogni, płonących obłoków. Teraz te przerażające zorze polarne tylko dziwiły i zachwycały kolonistów, ukrytych w ciepłych domach osady.
Choroby rzadko nawiedzały mieszkańców „Złotej Studni“; lekarze nieśli szybką i skuteczną pomoc oraz zapobiegali zjawieniu się szkorbutu — tej plagi podbiegunowych stref. Zresztą w magazynach osady zgromadzone były znaczne zapasy cebuli, czosnku i szczawiu — najpotężniejszych środków na tę chorobę, więc lekarze przestrzegali ściśle, aby jarzyny wchodziły w skład codziennego pożywienia, z czego niezmiernie cieszyli się Miguel, Esuperanzo Gradaz i paru innych Hiszpanów, amatorów ostrych, pieprznych potraw, suto zaprawionych czosnkiem i cebulą.
W szybie „Złotej Studni“ inżynier Gérome prowadził forsowne roboty, chcąc przed nastąpieniem lata zdążyć z przeprowadzeniem bocznych galeryj oraz