Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skółki“, capitano. Uczycie ich tu nowego życia, a Esuperanzo chce opowiedzieć wszystko o starem — wszystko, od dna do góry... Cha! cha! To też nie zawadzi... Być to woda na wasz młyn... marzyciele!... Ten piedad de nosostros, Senor — jesteście śmiesznymi marzycielami, lecz per verdad! Esuperanzo zaczynać lubić was i podziwiać...
Tak więc tedy stary Hiszpan rozpoczął swoje wykłady, a były one tak zajmujące, iż, mimo, że prelegent wysławiał się mieszaniną wszystkich istniejących języków naraz, kapitan, Paweł Gérome i młody Swen z prawdziwem zainteresowaniem słuchali go.
Istotnie stary aferzysta błąkał się po całym świecie; zwiedził Stany Zjednoczone, gdzie miał plantacje bawełny, spędził kilkanaście lat w Ameryce Południowej — w Wenezueli miał kopalnie nafty, w Boliwji — trudnił się handlem eksportowym, w Brazylji — posiadał tereny, obfitujące w drogie kamienie, w Argentynie — „haciendę“, „rancho“ i stado bydła; opowiadał o kolonistach australijskich, z którymi razem zakładał na zachodzie nowe osady; przenosił słuchaczy swoich do Indo-Chin i Indji, gdzie obok przepięknych prastarych świątyń mądrego Buddy, biali przemysłowcy i kupcy uciemiężali spokojny, bogobojny lud, wyzyskiwali go i oszukiwali, znęcając się nad najprostszemi zasadami nauki Chrystusowej; opowiadał o starych, zastygłych w odwiecznych formach życia Chinach, rządzonych przez okrutnych satrapów — mandarynów, podkupionych przez Europejczyków lub Amerykanów; o Japonji, podstępnie rabującej dobytek cywilizacji zachodniej i zagrażającej swym rozwojem białej rasie; o uciemiężonych, wojowniczych i dumnych Arabach i o cichych,