Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Elza poczuła gorące łzy, spływające na jej palce.
Pitt Hardful płakał... płakał po raz pierwszy od wielu, wielu ciężkich męczeńskich lat upadku i mozolnego dźwigania się, ostrego bólu serca, tęsknicy, miotania się duszy samotnej.
Elza nie odbierała mu ręki swojej.
Rozumiała, że były to łzy... wielkiej odmiany...


Rozdział XVI.
NOC POLARNA.

Z ostatniemi kluczami łabędzi i stadami gęsi, odlatujących na południe, odpłynął Mikołaj Skalny, uwożąc na „Witeziu“ najstarszych osadników Tajmyru. Powracali do życia, od którego zbiegli niegdyś, kryjąc się wśród nagich gór i bezbrzeżnych płaszczyzn tundry, okrytej mchem i rzadkiemi zaroślami karłowatych krzewów. Teraz płynęli do miast rojnych i bogatych, pełnych nędzy i przepychu, lenistwa i pracy znojnej, powierzchownej moralności, a rozpasanej bezkarnie rozpusty i zbrodni.
Pitt Hardful w rozmowach z Elzą i Miguelem coraz częściej powracał do starych towarzyszy i gonił ich myślą swoją. Czy potrafią oni zdobyć sobie niezależne stanowisko, aby móc zastosować w życiu wyniesione z Północy zasady, porwać niemi innych, przykładem swoim i ofiarnością skaptować przyjaciół i stronników, przeciwstawić się pokusom i mamiącym majakom życia? Wiedział kapitan, że wszyscy ci, co odpłynęli na zawsze, byli ludźmi mocnymi, rozważnymi i szczerze podzielającymi zamiary i myśli jego. Nie zamykał jednak