Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tłum rozpraszał się po osadzie. Ludzie omawiali wypadki dnia. Tu i ówdzie powtarzano sobie słowa kapitana i Elzy.
Nawet Esuperanzo Gradaz miał minę niezwykle skupioną. Złapawszy kogoś z towarzyszy podróży, trzymał go za klapę tużurka i pytająco patrzał na niego; wreszcie mruknął:
— Dios mio! Uszom swoim nie wierzyłem... Co to — warjaci, czy święci?! Wierzą w odmianę duszy współczesnego człowieka — bandyty?! Madonna Sagrada!
Zarechotał nagle i uderzył się po biodrach, wołając:
— Ależ estupido ze mnie! Wybrałem się z zalotami do tej złotowłosej senory?!
Klepnął się w czoło i wybuchnął:
— Perro, mas que perro! Zgłupiał do reszty stary Esuperanzo...
Tymczasem Elza i Pitt Hardful szli obok siebie.
Minęli osadę i wyszli na równinę, tu i ówdzie przeciętą zaroślami niskich koszlawych brzózek polarnych. Milczeli...
Kapitan miał płomienie w oczach: usta mu drżały. Jakgdyby z bólu marszczył czoło i przyciskał dłoń do piersi.
Milczenie przerwała Elza.
— Kapitanie, — szepnęła tak cicho, że raczej można było się domyślać niż usłyszeć jej głos — jesteśmy znów razem... przybyliśmy tu na nową mękę lub po nieznane szczęście...
— Elzo... fru Tornwalsen! — wybuchnął Pitt i nagle, na nic nie pomny, porwał dłoń jej i przycisnął do ust.