Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Białego Kapitana“ nie znają ani zamachowcy, ani ci, którzy ich tu posłali. Panuje tu istotnie pełna ofiarności idea, lecz istnieje też mocne postanowienie idei tej bronić do upadłego. Niewiedza zamachowców niech posłuży im za usprawiedliwienie! Ja, jako najbardziej uprawniona do roszczenia sobie praw do Tajmyru, głosuję za uniewinnieniem naszych nowych towarzyszy i za publicznem napomnieniem ich, że przybyli do „Krainy Wielkiej Odmiany“!
— Niech żyje, Elza Tornwalsen! Uniewinniamy! Uniewinniamy! — krzyczał tłum, jak zwykle łatwo się zapalający i ulegający urokowi żywego i mocnego słowa.
— Uniewinniamy! — mknęło po szeregach osadników i znowu wszystkie oczy wpijały się w Pitta Hardfula.
Podniósł głowę i drżącym głosem rzekł:
— Uniewinniam, ale błagam was, nie zmuszajcie kierowników „Krainy Wielkiej Odmiany“, aby uciekali się do surowych praw i kar, bo tu, tylko tu możecie być jak równi wśród równych, jak najwolniejsi wśród wolnych, jak ludzie, nie znający wstydu za swe występki i zbrodnie, jawne i tajne, straszne i drobne, chociaż trujące, jak jad, podany ukradkiem!
— Niech będzie błogosławione imię Pana w Niebiosach! — zawołał ojciec Seweryn, podnosząc ręce, jak do modlitwy.
— Ech! — mruczał Cep do Falkoneta. — Z takimi, co na wstępie już brużdżą, — na nic takie rozmowy! Kamień na szyję i do wody! Amen i koniec! Będzie jeszcze miał z nimi kram „Biały Kapitan“! Czyż tacy zrozumieją to, co do nich mówili sztorman i fru Tornwalsen?!