Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ku „Złotej Studni“. Zostawiwszy zatrzymanych kolonistów na „Witeziu“, Pitt zwołał wszystkich osadników na plac przed domem rady i opowiedział im o nieudanym zamachu, zakończywszy swoje sprawozdanie takiemi szyderczemi słowy:
— Socjaliści w „imię wolności i braterstwa“ zamierzali odebrać pracowitym ludziom, żyjącym podług zasad wolności i braterstwa, plon ich wysiłków i pozbawić jedynej na świecie placówki, gdzie hasło „Wolność, braterstwo i równość“ nie jest czczym, pozbawionym znaczenia frazesem. Kapitaliści znowu, w imię „najwyższej cywilizacji“ chcieli truć tuziemców i osadników alkoholem, aby doprowadzić ich do rozkładu i nędzy, poczem zagarnęliby nam i zburzyli to, co ma się stać zarodkiem nowej ludzkości, wyleczonej z obłędu zawiści. Pytam was, co należy uczynić z zamachowcami?!
— Śmierć! Śmierć! — rozległy się burzliwe okrzyki.
Długo brzmiało to straszne słowo, powtarzane przez echo, biegnące od nagich, stromych zboczy gór Byrranga i głębokich wąwozów Mgoa-Moa.
Ksiądz Seweryn Leduc z przerażeniem wyciągał ręce i wołał błagalnym głosem:
— Litości! Miłosierdzia w imię Ukrzyżowanego!
— Śmierć! Śmierć! — odpowiedziała mu nowa burza okrzyków, a wszystkie oczy wpiły się w surową twarz kapitana i w jego mocno zaciśnięte wargi.
I nagle rozległ się dźwięczny głos niewieści. Na pierwsze jego dźwięki Pitt drgnął i podniósł głowę.
— Chcę mówić do osadników „krainy wielkiej odmiany“! — wołał kobiecy głos z ciżby, stłoczonej na placu.