Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rządku ta złodziejska ryza! Wobec tego dopomóżcie mi, żeby nie było niepotrzebnego hałasu.
Wskazał oczami na Bezimiennego i rzucił:
— Razem z tym dżentelmanem spuśćcie szalupę i przywieźcie na pokład panów, dla których dostarczyliście wasz ładunek, a spodziewam się, że nie piśniecie do nich, kogo spotkają na „Haarlemie“?
— Ja ręczę za szypra! On nic nie powie — uśmiechając się drapieżnie i postukując kolbą karabinu, odezwał się Bezimienny.
Wkrótce z łachy rozległy się głosy.
— Hasło: „Roberta“! Przysłać szalupę! Hallo, „Haarlem“!
Wkrótce od parowca odbiła łódź. Sam szyper holenderski wiosłował, a na sterze stał Bezimienny.
Piętnastu kolonistów weszło wkrótce do szalupy.
Gdy wszyscy zajęli miejsca, a łódź odbiła od łachy, Bezimienny podniósł karabin i rzekł szyderczym głosem:
— A bierzcie no, brachy, pojazdy i ru! na wodę, bo nie mamy obowiązku pracować dla was!
Kilku natychmiast ujęło wiosła i szalupa szybko zbliżała się do parowca. Szyper holenderski nie mógł ukryć uśmiechu na ogorzałej twarzy.
— Cóż to będzie za heca! — myślał.
Przybili wreszcie, i koloniści, mając poza sobą uzbrojonego Bezimiennego, weszli na pokład. Po chwili stanęli, jak wryci. Z poza kasztelu szedł ku nim Pitt Hardful, mrużąc oczy i zaciskając wargi:
Przemówił krótko i stanowczo:
— Nie potrzebujecie się tłumaczyć, wiem o wszystkiem... Co z wami uczynię, o tem się rychło dowiecie.