Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Płyniemy, widać, szybko... Za tamtym przylądkiem zwińcie żagiel i puśćcie maszynę w ruch! — rzekł.
Podczas, gdy motorówka zbliżała się do łachy Syma — od północy ostrożnie sunął ku niej jakiś parowiec, idąc wolno, bo majtek, stojący na dziobie, co chwila rzucał lag, badając głębokość.
— Pełny bieg naprzód! — zakomenderował Pitt i stanął przy sterze.
Motorówka zbliżyła się do holenderskiego statku, a ogromny Falkonet, siedzący na sztabie, przyłożył dłonie do ust i krzyknął donośnie:
— Halt! rychtuj kotwicę... Tu macie się szwartować!
Szyper, niczego nie podejrzewając, kazał rzucić kotwicę i spuścić trepę.
Pitt ze swymi ludźmi wszedł na pokład.
— Na Boga! — zawołał zdumiony Holender. — Przecież to z wami rozmawiałem w Bergen?! Chyba pamięć mnie nie myli?
To mówiąc, przyglądał się kapitanowi i przecierał oczy.
— A tak! — odpowiedział Pitt. — Nie chcieliście wtedy, kolego, odwiedzić mnie na „Witeziu“, więc ja składam wam wizytę na „Haarlemie“. Jestem kapitan Pitt Hardful, do usług!
Obejrzał się bacznie. Ludzie jego zajęli już najważniejsze miejsca. Miguel z rewolwerem w ręku wbiegł na mostek kapitański i zamknął kabinę oficerską. Falkonet umieścił się przy rumie maszynowym, a mechanik motorówki zaryglował lukę, prowadzącą do czeladzi.
— Już wiem ze słów waszych, szyprze, że wam taka nie zupełnie „all right“ pływanka do smaku nie przypadła — rzekł kapitan. — No, istotnie nie jest w po-