Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Olaf Nilsen! — westchnął kapitan. — Stary, wypróbowany, dziwny druh!
Eryk Stefan zmrużył oczy i wyraźnie ujrzał ogromnego Norwega, który, patrząc na niego badawczo, mówił:
— Biorę was na „Witezia“, bo potrzebny nam jest człowiek, który umiałby obronić nas przed wyzyskiem i źle stosowanem prawem...
A później?... Później z jakąż łatwością przyszło Erykowi odwieść Nilsena od nieuczciwych i sprzeciwiających się prawu pływanek półkaperskich, półbandyckich. Później on — mieszczuch, Eryk Stefan, świeżo wypuszczony z więzienia, zawładnął wszak duszą i wolą dzikiego, ponurego sztormana i właściciela „Witezia“...
Gdyby nie tajemnica tego kutra, cała załoga stałaby się posłusznem narzędziem w rękach Eryka Stefana, właśnie dlatego, że działał prosto i uczciwie.
Niestety, wśród majtków znajdowała się ukrywająca się przed mężem, starym garbusem i katem, młoda rybaczka.
Olaf Nilsen i wszyscy marynarze załogi „Witezia“ kochali się w niej, a nawet pokraczny Japończyk — Mito i „Kuk“ — Chińczyk Tun-Lee, wyciągali ku niej chciwe ręce.
Ten pęd silnych mężczyzn do młodej i pięknej kobiety zwalczył wszystko. Wybuchnął bunt...
O tak! Gdyby nie przypadkowo wynajęci w Wardo ciurowie, jacyś inteligentni i uczciwi Polacy, z pewnością Olaf Nilsen przedwcześnie poszedłby był na strawę dla ryb północnych, a i on — Pitt Hardful też, bo leżał wtedy bezwładny i nieprzytomny z przestrzelonemi płucami.