Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ocean Lodowaty powitał podróżników dość silną bryzą, lecz i ona nie podniosła fal, więc pływanka odbywała się po dawnemu w warunkach nader pomyślnych.
Zaczynając od latarni Garghioelm, morze dostarczało codzień nowych wrażeń.
Przedewszystkiem spotykano coraz częściej ławice śledzi i sztokfiszów, ściganych przez stada delfinów, grindów i fok, a pewnego razu majtek, pracujący na fok-maszcie, krzyknął:
— Patrzcie tam, na północ!
Istotnie, na morzu działy się dziwne rzeczy.
Pasażerowie długo nie mogli nic rozejrzeć w skotłowanej, wzburzonej wodzie, gdzie miotały się jakieś potwory.
— To gromada „zbójów“ napadła na wieloryba!... — zawołał oficer, śledzący zjawisko przez silną lornetkę morską.
Wieloryb w największem przerażeniu pędził wprost na płynącą flotylę. Zwykle płochliwy i ostrożny, nie zwracał teraz żadnej uwagi na przecinające mu drogę huczące maszynami parowce. Znikające na kilka chwil pod powierzchnią, wynurzał olbrzymie cielsko, wyrzucał z sykiem i jękiem słup wody i na nowo pogrążał się. Nie było wątpliwości, że jest ścigany, lecz napastników nikt jeszcze nie dostrzegł.
Dopiero, gdy wieloryb, zmęczony i wyczerpany, z trudem już płynął pomiędzy „Witeziem“ a „Robertą“ i prawie już nie nurkował, spostrzeżono kilkanaście ryb o ciemnych grzbietach i białych brzuchach. Co chwila wyskakiwały teraz z wody i ciskały się na znużonego ol-