Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gnałów, a mówiły o dalekiej, nieznanej wyprawie w krainę nieśmiertelności.
Po krótkiem nabożeństwie katolickiem, pastor Boese odmówił na głos improwizowaną, okolicznościową modlitwę, poczem obaj kapłani nakreślili znak krzyża świętego nad mogiłą marynarza.
Na „Robercie“ tuż przy burcie klęczała młoda kobieta w czarnej siatce na złocistych włosach i ze łzami w oczach modliła się gorąco.
Miguel z troską i niepokojem patrzał na nią, a gdy podniosła się z kolan, szepnął do niej:
— O, fru Tornwalsen! Nasz sztorman pamięta o wszystkiem! Nie zapominał o Olafie Nilsenie, niech Santa Madonna ma duszę jego w opiece!
— Tak, Migu! — odparła smutnym głosem. — Bóg stokrotnie wynagrodzi za to kapitana...
W głosie jej zadrżały nuty wzruszenia i serdecznej wdzięczności.
Ktoś, bezceremonjalnie dotykając ramienia kobiety, spytał ze śmiechem:
— Belleza... Belleza sublima!... nie warto łzami psuć oczek!... Czy nieboszczyk był kochankiem pięknej senory! Cha-cha-cha!
I nagle stało się coś zgoła nieoczekiwanego.
Oto wiotka, zgrabna postać młodej kobiety wyprężyła się, jak łuk naciągnięty, odrzuciła się wtył, niby zgięta sprężyna, i wnet pochyliła się wprzód rzutem krótkim i silnym.
Trafiony pięścią w oko, Esuperanzo Gradaz zachwiał się na grubych nogach i, przebiegłszy kilka kroków, runął na skrzynię z pasami ratunkowemi, rycząc, jak zarzynany wół.