Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Sygnał zahamować maszyny! — krzyknął z mostka dyżurny oficer. — Mechanik, mały bieg!
— Co się stało?! — rozległy się niespokojne pytania.
Tymczasem na wszystkich trzech niemieckich parowcach rozległa się już komenda:
— Maszyny stop! Ster na N! Halza bez zmiany!
„Witeź“ tymczasem zakreślił szerokie koło i ostrożnie sunął ku parowcom, idącym już tylko własnym rozpędem. Stanęły wreszcie, zlekka podnoszone na długiej fali.
Kuter przepływał wzdłuż burt. Można było bez trudu dojrzeć ołtarz urządzony na pokładzie „Witezia“, zgromadzonych dokoła pasażerów, a na dziobie ustawioną osobno załogę z bosmanem przed szeregiem. Na mostku obok olbrzymiego szypra „Witezia“ stał kapitan Pitt Hardful z tubą w ręku.
Kuter, dymiąc, stanął. Wtedy rozległ się głos Pitta:
— W tem miejscu zostały opuszczony na dno oceanu zwłoki naszego przyjaciela. Był nim dzielny, szlachetny, o duszy czystej szyper norweski, Olaf Nilsen, właściciel i dowódca „Witezia“. Za chwilę rozpocznie się nabożeństwo za duszę zmarłego. Wystawić na pokładzie wszystkie warugi! Podnieść banderę Norwegji! Niech towarzysze nasi wespół z przyjaciółmi Olafa Nilsena westchną za spokój jego duszy!
Ksiądz Seweryn Leduc rozpoczął modły. Rozwijały się jedna po drugiej wielkie bandery norweskie i powiewały cicho nad ukrytym w otchłani grobem twardego, jak skała, a czystego, jak woda fjordów, szypra z Lofotów. Na masztach „Witezia“ trzepotały chorągiewki sy-