Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z przechwałką Miguel i, zapalając się coraz bardziej, jął opowiadać o dawnych pływankach „Witezia“ pod dowództwem Olafa Nilsena i Pitta Hardfula. Oficerowie, majtkowie i spory tłum kolonistów otoczyli bywalca i wszyscy słuchali z zapartym oddechem.
Flotyla mijała właśnie latarnię morską na wyspie Ulfoe. Wznosiła się na prawie czarnej skale, niby strzelista, biała kolumna, otulona do połowy siwą pianą bałwanów, rozpryskujących się o rafy.
— Migu! — rozbrzmiał nagle dźwięczny głos kobiecy.
Rozgadany Miguel natychmiast przerwał opowiadanie i podbiegł do pasażerki, stojącej na spardeku. Była to młoda kobieta o włosach złocisto-popielatych, jak metal starych sprzętów kościelnych, i oczach szafirowych a bardzo smętnych.
— Migu... — powtórzyła prawie ze łzami w głosie, poprawiając czarną siatkę, okrywającą głowę. — Widzisz kamienie Ulfoe? Gdzieś tu, może, właśnie pod kilem naszego parowca, opuściliśmy... wtedy ciało Olafa Nilsena...
Westchnęła ciężko, a po przybladłej nagle twarzy przemknął skurcz bólu.
— Ot, tam, wprost przed nami wznosi się czarny cypel... — szepnęła. — To południowy przylądek Hadsefjordu... Moja wyspa Lango... A to — Lofoty — stare, smętne, tragiczne Lofoty... Kawał życia przeminęło bezpowrotnie i kto wie — może, niepotrzebnie...
Nagle na płynącym w oddali „Witeziu“ wykwitła girlanda flag sygnałowych, po niej — druga, a raptowny ryk syreny kutra targnął powietrzem.