Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i Syna Jego, którego, jak wszyscy wierzą, Ojciec Niebiański posłał był na naszą grzeszną ziemię, lub miał posłać kiedyś... kiedyś... Dla chrześcijan byłoby to po raz wtóry, dla innych — po raz pierwszy!
Ksiądz zaśmiał się cicho i szepnął:
— A gdy będę wychodził z naszą mszą katolicką, — w wyobraźni zacznę wznosić mury, które z samotnego ołtarza uczynią wnet wspaniałą bazylikę, gdzie na frontonie palą się zbożne słowa świętego Franciszka o miłowanie ludzi, zwierząt, ptaków, owadów, nawet płazów wszelakich, — słowa, uznane przez Papieży, siedzących na Stolicy apostolskiej! A z czemże innem, jeśli nie ze słowem miłości dla ludzi — braci, chcę wybrać się do krainy złota, mrozów, wichrów, srogich i lękiem przejmujących zórz polarnych? Jam łowca dusz, prosty rybak, nieudolny sługa Chrystusa-Zbawiciela, pouczającego wieśniaków Judei i Galilei, poganów, Samarytan, mieszkańców Tyru i Sydonu, rozgrzeszającego Marję z Magdali!...
Zapanowało długie milczenie.
Przerwał je Pitt, mówiąc:
— Niechże ojciec...
— Ojciec Seweryn Leduc... — podpowiedział ksiądz.
— Niechże ojciec Leduc pośpieszy się z wynalezieniem kolegów innych wyznań, na co wyasygnuję potrzebną kwotę, jak to uczyniłem dla lekarzy i nauczycieli. W każdym razie proszę być pewnym, że nic nie będzie krępowało działalności księdza w osiedlu „Północnego Złota“.
To mówiąc, wyciągnął do niego rękę, a, gdy uradowany księżyna wiejski ze łzami w oczach mocno potrzą-