Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ścioła reformowanego, wyznawcy kościoła greckiego, może nawet Żydzi, muzułmanie?... To przeszkoda nielada!
Księżyna znowu obciągnął sutannę i uśmiechnął się wesoło, a nawet chytrze.
— Myślałem już i o tem! — szepnął. — Mam wyjście z kłopotliwej sytuacji...
— Ciekaw jestem? — zaśmiał się Pitt.
— Najprostsza droga — dać mi możność, a więc środki, abym mógł znaleźć duchownych oddanych sprawie misjonarskiej, bo to stanie się misjonarstwem wśród Europejczyków, naogół zupełnie obojętnych na zagadnienia religijne! — objaśnił ksiądz.
— Niech i tak będzie! Powiedzmy, że dam na ten cel pewną sumę — odparł kapitan. — Co ksiądz uczyni, jeżeli nie znajdziemy takich ludzi?
Ksiądz uśmiechnął się już zupełnie chytrze i, pochylając się ku Pittowi, szepnął:
— Sam będę kapłanem wszystkich wyznań! Doprawdy! Przecież jestem wykształcony, znam ogólne punkty styczności kościołów chrześcijańskich i potrafię znaleźć w Ewangelji miejsca, jednakowo drogie dla wszystkich, wierzących w Chrystusa Pana! Wiem też, że Tora formowała się przed chrześcijaństwem i że jej zasady weszły do nauki Syna Bożego. Koran?! Mój Boże! Uznaje on proroka Jezusa z Galilei, a, wykreśliwszy z suratów prawa Mahomedowego wszystko, co podyktowała polityka, ujrzymy tę samą treść istniejących kodeksów moralnych! Trochę rozwagi, namysłu i dobrej woli, a wszystko pójdzie gładko, czcigodny, dobry panie!...
Pitt dotknął ramienia księdza i zapytał ze śmiechem: