Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakże się cieszę z tego! — zawołał ksiądz. — Chciałem wprosić się do towarzystwa i wspólnej pracy na północy! Nie mogę nic zadeklarować, bo nie posiadam nic! Ot, taki sobie zwykły, szeregowy wikary wiejski, któremu to i owo chodzi po głowie! Myślałem, że w surowych warunkach egzystencji na północy, podczas nocy podbiegunowej, w okresach tajemniczych zórz polarnych, dusza człowiecza częściej i goręcej zwraca się ku Królowi Wszechświata w trosce, męce i lęku... Któż lepiej od oddanego wierze kapłana zrozumie ją, podtrzyma, wzmocni i nauczy? Chciałbym być tym przewodnikiem dusz ludzkich... ja — biedny księżyna wiejski, który, poza gorącą wierzącą i miłującą ludzi duszą, nic nie posiada!
Pitt siedział zamyślony. Zdawał sobie sprawę z tego, że plan jego poruszył tak różne umysły, serca i dusze — Ernsta Swena... Pawła Gérome... Szymona Rouviera, z pewnością też tego wstrętnego Esuperanzo Gradaza z Barcelony, a teraz znów — śmiesznego, zapalającego się co chwila, ubogiego wikarjusza.
— Ilużto ludzi nieznanych, a mocnych lub barwnych można wyciągnąć na światło dzienne, wetknąwszy kij w mrowisko ludzkie?! — myślał kapitan i, spojrzawszy w rozszerzone, gorejące oczy księdza, odpowiedział mu:
— Istotnie, ma ksiądz rację... Jest to konieczne, jednak powstaną znaczne trudności...
— Pieniądze? — szepnął ksiądz.
— Nie, to nie jest konieczne w danym wypadku... — uspokoił swego gościa Pitt i nagle zaśmiał się głośno. — A co ksiądz powie na to, że wśród osadników będą nie tylko katolicy, lecz protestanci różnych odłamów ko-