Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Muszę tak zrobić, bo inaczej nie mogę, sztormanie!
— Nie mam ci tego za złe i nie czuję żalu do ciebie — odparł kapitan, obrzucając sługę i powiernika zimnem spojrzeniem.
Gdy w głębi domu zamilkły kroki Pitta, Juljan Miguel upadł na sofę, podparł stroskaną głowę rękami i kiwając się z boku na bok, mruczał:
— Ej, sztormanie... ej, sztormanie! Gdybyś wiedział prawdę, nie skrzywdziłbyś mnie tak boleśnie...
W oczach Rudego Szczura błysnęły łzy.
Nazajutrz nie udało się Pittowi Hardfulowi ułożyć listy wybranych przez się kandydatów i oddać jej do druku.
Od rana porwały go w swój wir różne sprawy, związane z „Północnem Złotem“.
Najpierw wpadł, jak burza i omal nie rozwalił całej willi, olbrzymi Mikołaj Skalny.
Z polecenia kapitana kursował pomiędzy Londynem i Hamburgiem, szukając mocnych i szybkobieżnych statków dla przewiezienia nowych kolonistów na Tajmyr. Trudno mu z tem szło, bo wszyscy armatorowie byli zawaleni zamówieniami i słuchać nie chcieli Skalnego, gdy prawił im o mocnych i szybkobieżnych parowcach.
— My dear, — kiwali głowami Anglicy i Niemcy — nie zawracaj nam głowy! Gdybyś nawet prosił tylko o dziurawe, skrzypiące kutry, to i tych nie dalibyśmy! Wszystko, do ostatniego przerdzewiałego „trunka“ zakontraktowane! Z pewnością ludziska spodziewają się wojny, bo zwożą bawełnę, saletrę, miedź i żywność. Nic nie znajdziesz w tym sezonie!