Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do sypialni. W holu natknął się na Miguela. „Rudy Szczur“ widocznie czekał na wyjście kapitana.
— W dzień się włóczysz gdzieś, a po nocach snujesz się po domu, jak zjawa, chociaż, co prawda, do zjawy wcale nie jesteś podobny! — zauważył ze śmiechem Pitt.
— Chciałem pomówić z wami, sztormanie... — niezwykle uroczystym głosem zaczął Juljan.
— A to rychło w czas się wybrałeś, przyjacielu! — zawołał Pitt. — Wpół do czwartej, a ty przychodzisz z rozmówkami? Zresztą, sądząc z twojej wzruszonej miny i nader poważnego głosu, już się domyślam. Chcesz mi oznajmić, że się żenisz... Podejrzewałem cię o to od pewnego czasu, Migu. No, to żeń się, płódź dzieci, rozwódź się, bądź szczęśliwy i daj mi święty spokój, do stu piorunów!
Miguel przestąpił z nogi na nogę i wypalił:
— Proszę o pozwolenie...
— Czego ci brakuje?
— Niech sztorman pozwoli mi płynąć na Tajmyr... nie na „Witeziu“...
— Ach, przecież wybierasz się na północ?!... Myślałem, że tu rzucisz kotwicę ze sztaby i rufy, a w dodatku zacumujesz się na wieczne czasy... — mruknął kapitan i uważnie przyjrzał się „Rudemu Szczurowi“.
Nic jednak nie odczytał Pitt Hardful na tej piegowatej twarzy, więc machnął ręką niedbale i dodał:
— Płyń sobie na podwodnej łodzi, lub leć samolotem, nic mi na tem nie zależy!
Rumieniec okrył twarz Miguela, w oczach mignęła mu rozpacz, jednak pohamował się i przez zaciśnięte zęby syknął: